|
W roku 1758, trzecim roku wojny siedmioletniej, silna
armia rosyjska, licząca około 50-52 tysięcy ludzi, tj. 76 batalionów
piechoty, 51 szwadronów jazdy, prowadząca 240 dział nie licząc artylerii
batalionowej, a dowodzona przez generała feldmarszałka Wiliama Wiliamowicza
Fermora, Anglika w służbie rosyjskiej, ruszyła ze swoich kwater w Wielkopolsce
i powoli podążając wzdłuż Warty, skierowała się przez Nową Marchię w
kierunku Kostrzyna. Poprzedzały ją lotne roje Kozaków, potężnie łupiących
okolice, a docierające nawet pod Głogów. Armii towarzyszyły 3 pułki
kozackie. Tempo marszu było dość powolne, co dało czas Fryderykowi II
na skuteczne przeciwdziałanie. Jeszcze przed królem na ruch wojsk rosyjskich
zareagował dowódca stojącego na Pomorzu w okolicy Stralsundu korpusu,
generał von Dohna. Opuścił on już w nocy z 19 na 29 czerwca obóz pod
Stralsundem, podążył na spotkanie armii Fermora i 6 lipca stanął w Schwedt.
Następnie, maszerując wzdłuż lewego brzegu Odry, dotarł do Lubusza w
dniu 24 lipca i do Frankfurtu 30 lipca. Rosjanie wlekli się wraz z ogromnym
taborem dość wolno i przekroczyli granicę Nowej Marchii dopiero 2 sierpnia,
dość gładko opanowali Gorzów Wlkp. co nastąpiło w dwa dni później i
podążyli w kierunku Kostrzyna, po drodze zakładając silny obóz w okolicy
Kamienia Wielkiego. Oczywiste, że generał Fermor miał nadzieję łatwego
zdobycia twierdzy bronionej tylko przez jej załogę a nie osłanianej
przez dość słaby korpus von Dohna operujący przezornie na przeciwnym
brzegu Odry. Wziąć Kostrzyna Fermor nie dał rady, ostrzał artyleryjski
mimo poważnych zniszczeń nie dał w efekcie poddania twierdzy, a zwłoka
w marszu i przy obleganiu zaowocowała pojawieniem się na scenie Fryderyka
II. Król podążał na odsiecz Nowej Marchii, pozostawiwszy na Śląsku 51
batalionów piechoty i 75 szwadronów jazdy pod komendą Karola von Schwedt
(z młodszej linii Hohenzollernów brandenburskich), stojących przeciwko
75-tysięcznej armii Dauna w pobliżu Jaromierza. 16 sierpnia w Zielonej
Górze Fryderyk otrzymał wieść o oblężeniu Kostrzyna. 21 sierpnia jego
14 batalionów i 38 szwadronów kawalerii stanęło w pobliżu Gorgast, łącząc
się z korpusem von Dohna. Razem Prusaków było około 36 tysięcy. Po forsowaniu
Odry pod Gozdowicami w dniu 22 sierpnia armia pruska przez Kłosów maszerowała
na spotkanie obozujących w umocnionym czworoboku między Chwarszczanami
i Cychrami, frontem na dolinę Myśli, wojsk rosyjskich. 24 sierpnia pruska
awangarda dotarła do stanowisk rosyjskich i wobec ich korzystnego położenia
wraz z resztą armii przekroczyła w nocy 24/25 sierpnia Myślę, idąc następnie
przez Bór Mosiński i wychodząc w okolicy Krześnicy i Sarbinowa, co zmusiło
Fermora do zmiany szyku i odcięło go od obozu w okolicy Kamienia. O
tym obozie jeszcze będzie się tu mówiło, a raczej uczyni to świadek
wydarzeń ówczesnych. Sama bitwa trwała przez dwa dni - 25 i 26 sierpnia
i była jedną z najkrwawszych wśród bardzo krwawych bitew wieku XVIII.
Dość powiedzieć, że według naocznych świadków w samym Dębnie było zwiezionych
z pola tylu rannych, że chirurdzy i felczerzy operowali na ulicy, a
szybko amputowane (zgodnie z ówczesną doktryną chirurgii polowej) zranione
kończyny zalegały stosami. Rosjanie odeszli z pobojowiska w kierunku
Kamienia Wielkiego i tam w obozie stali naprzeciwko armii Fryderyka
do 31 sierpnia, po czym z wolna pociągnęli z powrotem na leża zimowe.
Bez przesady można powiedzieć, że cały kraj odetchnął z ulgą. Normą
w wieku XVIII było plądrowanie, grabienie i rekwizycje na terenie wroga,
jednakże świadkowie ówczesnych wydarzeń wyraźnie stwierdzają, że srożenie
się wojska nad ludnością cywilną przekroczyło normy ogólnie przyjęte.
Rabowano, łupiono, rekwirowano na potęgę, palono całe miasteczka (dla
przykładu, jeszcze w czasie marszu - Ośno) i wsie. Pół biedy jeżeli
wieś dostała się w ręce regularnego wojska, nieszczęściem prawdziwym
były napady towarzyszącej armii, półregularnej jazdy złożonej z Kozaków,
Kałmuków i innych dzikich jeźdźców, głównie zajmujących się w dniach
poprzedzających bitwę i w czasie jej trwania, a także po jej zakończeniu
terroryzowaniem okolicy. Kozacy i Kałmucy trafili nawet jako synonim
wroga do wiersza Teodora von Koppena opiewającego bitwę sarbinowską.
Nawiasem mówiąc, Kozacy przez kilka ostatnich wieków ciężko zapracowali
na złą opinię wśród wszystkich narodów, które miały nieszczęście się
z nimi spotykać. Nie ma więc powodu, by przypuszczać, że nasz świadek
przesadza w opisach. Sądzę, że żadne statystyki nie mogą przemawiać
silniej od słów ciężko doświadczonego uczestnika tych wydarzeń, pastora
z Mościc, Ludecusa. Jego wspomnienia czyta się żywo ze względu na talent
pisarski (by nie rzec - gawędziarski) autora. Są tu nawet akcenty wręcz
tragikomiczne. Wszelako muszę powiedzieć, że podczas tłumaczenia tego
tekstu byłem osobiście poruszony grozą wiejącą z niektórych fragmentów.
Oddaję teraz głos świadkowi
Kiedy wszędzie dookoła
Zgiełk bitewny ku nam woła,
Bądźmy przecie bez obawy.
Kiedy statek się pogrąża,
Wiem, że Jezus ku nam zdąża,
Ocalenia w wierze sprawy.
Był 13 sierpnia, gdy wcześnie rano o godzinie siódmej rozległ się
w naszym kościele krzyk: Rosjanie są we wsi! Przeraziliśmy się, gdyż
zaskoczyło nas niespodziewane pojawienie się tych wojowników i stanąłem
w mojej proboszczowskiej szacie przed drzwiami, albowiem musiałem ich,
czego słuszność łatwo uznać, przyjaźnie powitać. Była to avant-garde,
składająca się z Kozaków ze srogimi spisami, huzarów i dragonów, która
zdążała do mej filii w Kamieniu, do obozu leżącego tylko półczwarta
mili od Mościc. Gdy przeciągnął pierwszy oddział, zaczęliśmy nasze nabożeństwo.
Kiedy wyszedłem na ambonę, przybiegł w podskokach rosyjski oficer i
jął wołać do kościelnego, że mam zejść z ambony, a wszyscy wierni mogą
iść do domu, w przeciwnym wypadku ich domy będą splądrowane i spalone.
Była to zaiste pocieszająca propozycja: exordium była okropność, conclusio
strach i lęk przed sprawami co jeszcze mogły nadejść. Wierni w większości
uciekli, tylko mała część powróciła jednak, by przyjąć Komunię św.:
Bóg wie wszelako, jaki strach każdy odczuwał. Dość, że iście straszliwa
Msza Święta. Sam nie wiedziałem, jak się mam zachować! Przecież jednak
zebrałem się w sobie jak mogłem najlepiej i teraz znaczy to: praesta
te virum!
Bez lęku i nietrwożnie
Kto chrześcijaninem jest,
Żyć stale winien cnotliwie.
do początku strony
Pan z łaski swojej sprawił, że jeszcze nie byłem strwożony,
więc nadzieja nie dopuściła do hańby.
W niedzielę przyszedł rosyjski pop z tłumaczem, który był tak samo głupi
i nierozgarnięty jak jego pan. Pop wszedł do mojego mieszkania i zażądał:
"Chleba!" Przyniosłem kawałek chleba, ale on chciał dostać cały i na
stole nakreślił nawet koło, obrazujące wielkość bochenka, po czym dobył
z brudnej sakiewki tynfa i cisnął go na stół. Rzekłem mu: "Niemasch",
gdyż już przed południem rozdzieliłem jeden cały bochen chleba między
wygłodniałych Rosjan, którzy z ciągnących oddziałów wskakiwali do domu
i prosili chleba. Chętnie bym porozmawiał z popem i zapytałem go: "Rosumieschli
latine?" To znaczy, czy rozumiesz po łacinie? Odrzekł: "Niemasch". Pytałem
dalej: "pollonice? gallice? graece?", z którego to ostatniego trochę
rozumiałem; na wszystko była jednak jedna odpowiedź: "Niemasch". Tak
był obeznany w językach, że zanim jego tłumacz wyjąkał wreszcie, że
jest on kapłanem, miałem go za jakiegoś wisielca Żyda. Następnie wyraził
on swoje niezadowolenie i poszedł sobie.
Z wieczora przybył austriacki generał baron St. Andree,
który stale obradował z księciem Karolem Saskim i stanął ze swoim suite
i equipage na kwaterze w moim domu. Był to Wirtemberczyk i ewangelik,
przy tym uprzejmy pan, z którym musiałem w poniedziałek około południa
obiadować. Akurat gdy wstawaliśmy od stołu, wpadł prawie do naga obdarty
nasz pastuch i wniósł zażalenie przed całą gminą, że przeklęci Kozacy
ograbili go i zniewolili jego dwie dorosłe córki. pan generał powiedział:
"Musicie się poskarżyć w obozie". Gmina prosiła mnie usilnie, bym pokierował
słowami pasterza. Poszedłem z nim, ubranym jedynie w fartuch, do obozu
i tam stanęliśmy przed namiotem feldmarszałka v. Fermora. Gdy mnie on
zobaczył, spytał: "Czegóż on chce?". Przedłożyłem mu moją prośbę o
zadośćuczynienie dla pasterza. Żachnął się i powiedział: "Co się tyczy
plądrowania, to taka jest wojna i Prusacy robią tak samo. Co się zaś
tyczy zgwałcenia córek pasterza, to zawsze to się nazywa tak: zgwałcone,
zgwałcone!! Zdarza się przecież, że nie sposób, kiedy się szpadę wyciągnie,
do pochwy jej schować, kiedy ktoś inny pochwę trzyma, cetera textus
habet". Chciałem komendanta trochę pohamować i wygodzić jego syllogismum,
gdy on sam obrócił się do mnie i rzekł: "Niech idzie w Imię Boże, nie
mam z nim więcej nic do roboty" i tak to zostałem absolwowany. Feldmarszałek
wydał mi się wszelako być prócz tego dość opanowanym, jako że wcześniej
sześciu z jego armii pobrało kamieńskiemu młynarzowi konie, wozy i vivres
wraz z pieniędzmi, Około pół godziny wcześniej w mojej obecności egzekwowano
tych sześć szelmów, którzy byli okrutnie sieczeni knutem po gołym ciele,
a najgorszemu złoczyńcy oberżnięto nos i uszy. Darł się on wniebogłosy
o zlitowanie, na co p. Fermor powiedział do jednego z oficerów: "Każcie
tego psa związać, cisnąć do lochu i niech zdycha". Oficer odwrócił
się do mnie i powiada: "Panie pastorze, odpuśćcież sobie. Generał przez
tę egzekucję nie jest dysponowany". Wobec tego odszedłem z głównego
obozu, rozciągającego od Mościc przez Kamień op Bogusław, a więc w całej
mojej parafii na przestrzeni około pół mili. Wieluset kozaków stało
na pagórku koło Kamienia i furażowało siano z łąk i wsi. Mojego też
nie oszczędzili. W niedzielę przed bitwą przyszli rosyjscy grenadierzy,
wymłócili żyto i jęli je mleć. W naszej wsi było trzech poruczników.
Z nich jeden był Niemcem, jeden Łotyszem. Tych zapraszałem na śniadania
i obiady, że dobrze komendę trzymali. W czwartkowy wieczór przed bitwą
odeszli wraz z innymi Rosjanami i już ich rano nie widziałem.
W dniu bitwy nadszedł do Kamienia, Bogusławia i Mościc fatale
periodus. Po południu przyjechało do mego domu 4 kozaków i zażądało:
"Penunsche!!", to jest pieniędzy. Dałem im talara i mimo to jeden zadał
mi cios trzonkiem korbacza, uderzył w głowę aż puściła się krew. Po
pół godzinie przyjechali inni i zażądali: "Vino!". Powiedziałem: "
Niemasch, zevivoscheruwalli", to znaczy, nie mam bo już wszystko wybrano
na furaż. Po tym jeden z nich uderzył mnie knutem, inny nawet zamachnął
się na mnie szablą. Musiałem otworzyć kościół, w którym jeden z tych
łajdaków trzymał mnie pod flintą na stronie. Niczego nie znaleźli i
znowu mnie obili knutem, zadali kilka ciosów szablą i pchnięć w pierś,
które jeszcze długo odczuwałem. Przy tym całym strachu usłyszałem, że
na drodze wszczął się zgiełk. To nasi chłopi przybiegli z kijami, chcąc
mnie sekundować, natarli na stojących na drodze kozaków i poturbowawszy
ich, ze wsi przegonili. Ta utarczka wywołała okropny skutek, gdyż po
godzinie przycwałował oddział 16 kozaków, z których jeden chwycił mnie
za lewe ramię i niemiłosiernie bił pięścią, że omal nie straciłem przytomności.
Zawołałem: "Mój gospoda pomiłui!!", czyli - Panie Boże, ocal mnie.
Po tym puścili mnie i pospieszyli na rabunek do mojego domu. Ci rozwścieczeni
złoczyńcy mogliby pohamować swą złość, ponieważ ich na trzy dni przed
bitwą powstrzymałem przed rozbiciem mojej stodoły, pokazując salve-garde
od generała Fermora, po ujrzeniu której jeden szelma powiedział: "S...syn
Fermor!". Czym go mogłem rozzłościć? Chciałem zameldować, że swojego
chef tak malhonett respektował.
do początku strony
Nastał teraz czas taki, że musiałem opuścić swój dom, ponieważ
cała wieś była pełna kozaków, którzy tu szperali, rąbali, bili, tak
że nikt nie był bezpieczny w swoim domu. Na przykład jedną dziewkę rąbnęli
toporem w czoło, pewnej kobiecie i jednemu chłopu rozwalili głowy. Uciekłem
na tylne podwórze, dokąd już uciekli niczym przerażone owce moja żona
z dziećmi i połowa naszej gminy. Moje i moich bliskich bezpieczeństwo
zawisło od tego, że zażądano ode mnie butów i pończoch, które zaraz
oddałem. Wkrótce potem inny zażądał spodni, które zabrał wraz z zerwaną
mi z głowy letnią czapką. Teraz już byłem rozebrany niemal do koszuli
i musiałem jeszcze tym barbarom czymś się narazić, gdyż jeden z owych
synów Beliala trzasnął mnie knutem w twarz aż na chwilę straciłem słuch
i wzrok. Wydało mi się możliwe, by ściągnąć tego łotra z konia, chwyciłem
go więc za łeb, jednak tych morderców było zbyt wielu. Rzucili się teraz
na moich najbliższych. Zdarli bieliznę z mojej żony a jako że nie znaleźli
żadnych pieniędzy, odrzucili ją. Mojej 17-letniej córce odebrali contouche,
halkę i fartuszek. Mój 13-letni syn musiał oddać rabusiowi nowe spodnie
z czarnej skóry, także nowy kolorowy contouche i kamizelę. Teraz rozpoczęła
się generalna grabież wszystkichdomów. Zakończyła się wyprowadzeniem
wszystkich koni, wołów, krów, świń (od razu je zarżnięto), gęsi, kur,
wszystkich wozów i uprzęży. Po tym Kozacy odjechali do swojego obozu
na wysokim wzgórzu koło Kamienia Wielkiego, gdzie mieli dobre miejsce
odpoczynku i mogli snuć wielkie plany a wszystkie bagaże dobrze ukryć.
Cóż było teraz robić? Każdy myślał tylko o ucieczce
i zachowaniu własnego życia. Wszyscy chwytali wieczorem chleb, słoninę,
mąkę, kaszę i co tylko się dało unieść i z tym uciekali w bór, który
rósł w pobliżu. W ciemności odszukałem w domu pantofle i z żon i z dziećmi,
które wzięły ze skrzyni trochę ubrań, poszliśmy do exilium. Chwyciwszy
w dłoń piękną laskę, wyrób z Altmarku, którą przed 40 laty otrzymałem
od żyjącego jeszcze pana profesora Becmanna z Joachimeum w Berlinie,
mojego szczerego przyjaciela z czasów szkolnych i uniwersyteckich, którą
to laskę Rosjanie jeszcze mi zostawili, pomyślałem: Twój krzyż, Panie,
będzie mi laską wędrowca. Moich dwoje dzieci znalazło schronienie wśród
innego towarzystwa, zaś ja, moja żona i chłopiec służący odeszliśmy
cum sacco per silvam 1/2 mili w nocy. Przy tym w nocy zabłądziliśmy
w lesie aż w niedzielę około 4 rano doszliśmy do Kamieńskiego Młyna.
Pan młynarz przeraził się na nasz widok i dał nam parę dziurawych lnianych
szmacianych portek oraz wyszukał pocerowaną czapkę i takież pończochy, po
czym jak tako mogłem się okryć. Uraczył nas śniadaniem. Gdy upłynęły
trzy godziny, trafili Kozacy i do młyna, kazali dać sobie piwa i chleba,
wyprosili u młynarza buty, czapki, contouche i pończochy i odjechali
stamtąd. Niedługo po nich nadjechał silniejszy oddział kozaków, którzy
żarli, chlali i rabowali i tak było przez cały dzień długi, tak że moja
żona w towarzystwie chłopca służącego uciekła do lasu. Służący po chwili
zawołał: "Mamo, Kozacy nadchodzą!". Ogarnięty strachem wskoczył do
stawu, gdzie zanurzony do płowy siedział w szuwarach aż do wieczora,
kiedy cały przemoczony czołgał się z wieloma przygodami do młyna, gdzie
musiał się długo suszyć. W niedzielę rano znowu pojawił się zbójecki
oddział. Kozacy wszczęli srogi gwałt i chcieli jednego kamieńskiego
chłopa, który był już przez kozaków cięty w ramię, w izbie zastrzelić,
gdyż się nieco domyślali, że się będzie bronić. Moja żona bardzo lamentowała
i prosiła za tym chłopem. Przy tym jeden z kozaków podszedł do stołu,
podał mojej żonie rękę i powiedział: " Matuśka, już dobrze, już dobrze".
Ponieważ napłynęło do młyna już więcej ludzi, znalazł się między nimi
kościelny z Kamienia. Ten usiadł sobie za drzwiami izby. Zobaczył go
jakiś kozak i chciał go zaraz zastrzelić, ponieważ kościelny odezwał
się po polsku. Kozak powiedział: "Zaraz młynarz niech przyniesie co.
do picia, a my osądzimy takiego, co wygląda na szpiega". Tak to ten
polski akcent sprawił, że kościelnego ograbiono do koszuli. Został więc
Pontius Pilatus bez portek. Ocaliłem się i w spokoju ściągnąłem moje
szmaciane spodnie, które tymczasem pomocnik krawiecki naprawić musiał
za pomocą 2 łokci lnianego płótna, które dotychczas uchowała moja żona.
Portki te tak marnie pasowały, że ani na długość, ani na szerokość nie
były dobre. Dość, że była to para nowych spodni. Przed wieczorem nadjechał
silny rój kozaków na koniach, wygarnęli z lasu całą rogaciznę młynarza
i pognal do obozu kozackiego do Kamienia. Następnie wrócili po świnie,
które ponieśli zarżnięte. Tuczne świnie zastrzelili u koryta, przy którym
ukryła się żona kamieńskiego kowala. Już żegnała się z życiem, ale na
szczęście jej nie zauważono. Na koniec przyszła pora na kury i gęsi
na zakończenie tego plądrowania.
do początku strony
Gdy nastał wieczór, przyszły moje dzieci w towarzystwie
p. arrendatora z Kamienia z jego liczącą siedmioro dzieci rodziną i
opowiedziały we młynie, jak to wszyscy ukrywali się bez chleba od piątkowego
aż do niedzielnego wieczora gdzieś na odludziu. Nikt się nie radował
tak jak ja, że oboje moje dzieci przetrwało to wszystko bez szkody.
Znalazłem też serdecznego towarzysza w cierpieniu w osobie pana arrendatora
Hankwitza, którego Kozacy w czasie jego ucieczki z Kamenia wciąż dźgali
spisami w plecy, że aż mu grot spisy wyszedł piersiami! Pan młynarz,
że miał tu i ówdzie pochowany chleb i piwo w ogrodzie i stawie, przynosił
tym głodnym wędrowcom, co tylko miał, by ich jakoś podreperować. We
wczesny poniedziałkowy ranek, jak że młyn był już ograbiony do czysta,
uciekinierzy rozeszli się po lesie, gdzie kto tylko wiedział i mógł.
Młynarz przez jednego z synów pokazał nam drogę od młyna w głąb lasu,
gdzie była szara drewniana szopa z czasów, gdy jednostki kawalerii były
rozmieszczane po wsiach i lasach. Gdy doszliśmy do owego miejsca, nadarliśmy
sobie mchu i zrobiliśmy miękkie leża na ziemi, by dać odpocząć obolałym
żebrom. Leżeliśmy tam jak borsuki w wielkim strachu, bo mordercze kozackie
zagony przejeżdżały obok nas i strzelały, topiąc przerażonych ludzi
jak dziką zwierzynę. Odbierali im życie, jak to uczynili wielu parafianom,
wpierw strasznie pobitym, później zabitym. Lekko licząc liczba zabitych
wynosiła około 100 osób, między którymi było 16 z mojej parafii, z Kamienia,
Bogusławia i Mościc, zmasakrowanych na miejscu, których zastrzelono,
zakłuto, mojemu zaś parobkowi odcięto głowę. Takie okropności wyczyniali
ci złoczyńcy, Boga się nie bojąc! Gdy siedzieliśmy w szopie, nasz lęk
się wzmógł za sprawą dziecka pasterza ze młyna, które płakało i darło
się wniebogłosy. Choć babcia dziecka miała ze sobą garnek z kaszą i
próbowała nią jakoś zatkać dziecku buzię, przecie ta muzyka płynęła
nadal, jeno continuo.
Wreszcie po 9 godzinie wieczorem poszliśmy do młyna. Dziękowaliśmy
Bogu, naszemu obrońcy, za to, że nas od takiego nieszczęścia uchronił,
że pomimo płaczu dziecka nie odkryto nas i ocaliliśmy życie, mimo że
blisko nas tamci jeździli, że mogliśmy ich widzieć cwałujących. Sam
młynarz uciekł z synem w las. Kozacy jednak ich znaleźli i chcieli syna
zastrzelić, jednak na błagania ojca zostawili go przy życiu. Ostrzegli
przy tym ojca, że nie powinien iść do młyna, bo tam stoją huzarzy, którzy
go zaraz ustrzelą. Ten zacny gość, który ostrzegł młynarza był często
przy furażowaniu siana z młyna i tęgo był tam przez młynarza pojony,
za co teraz mógł się odwdzięczyć ostrzeżeniem.
Teraz był czas, by dobrze sobie odpocząć, gdyż młyn był
już zupełnie ograbiony, okna zerwano, wszystko wymieciono do czysta.
Odeszliśmy ze młyna o świtaniu we wtorek około 3 godziny i w karawanie
liczącej około 100 osób, bo tyle się nas w czasie marszu uzbierało,
doszliśmy do miasteczka Dębna, odległego od młyna 2 mile. Szliśmy pieszo
i gdy dotarliśmy tam była już 9 rano. Wzbudziliśmy w miasteczku wielkie
poruszenie, jako że byliśmy ograbieni, przeważnie poranieni i niemal
do naga obdarci. Wszyscy współczuli nam w naszym nieszczęściu i okazywali
współczucie, osobliwie zaś mnie, gdyż widziano, żem tylko w pantoflach,
starych pończochach, podartej czapce, contouche z surowego lnu, poraniony
na twarzy i z kijem w ręku. Poszedłem zaraz do łaziebnego, który obmył
mi spiritusem głowę, ponieważ była okrwawiona i cała w guzach. Pozostaliśmy
w Dębnie do czasu, aż usłyszeliśmy że Jego Królewski Majestat rozłożył
się obozem w Mościcach i następuje na Rosjan.
Wobec tego poszliśmy w niedzielę do domu i natknęliśma
się na pana generała von Rauter, który stanął w naszym domu, każąc wysprzątać
jeden z pokoi. Ubolewając nad moim nieszczęściem przyjął mnie na co
dzień do swojego stołu. Gdy wraz z bliskimi wróciliśmy do domu, wszystkie
okna i piece kaflowe były rozbite, wszystkie szafy, skrzynie, krzesła
porąbane i połamane. Zamki i klucze co do jednego zniknęły, tak że ani
w domu, ani w gospodarstwie ni jednego nie mogłem znaleźć, choć potrzebowałem
ich. Nie było też ani garnka, ani szkła, ani nawet drewnianej łyżki.
Tak więc wszystko wyglądało nader żałośnie. Wszystko leżało w nieładzie:
pióra, szafy, szkła, książki, pisma. Summa, była taka ruina, że takiego
zniszczenia trudno sobie człowiekowi wyobrazić. W coś takiego nie mogłem
uwierzyć, słysząc tylko przedtem o tym, nie będąc tak nieszczęśliwie
samemu doświadczonym.
Experto crede Ruperto. Nam
Pluris est oculatu, testis unus
quam auris decem
Qui audiunt, audita dicunt; qui
vident, plane sciunt;
Et qui auritus testes accipit, is rane
non sane
accipit. Et enim acrior est oculorum
quiam aurium
sensus.
do początku strony
Co się teraz zaczęło? Nie było chleba, pieniędzy, pościeli,
przykrycia. Musieliśmy sobie radzić przez 14 dni ze słomianym barłogiem.
Po 2 dniach poszedłem do obozu i poprosiłem kapelana pułku Schorlemer,
nazwiskiem Ruig, o powierzenie mi kazania ku czci zwycięstwa. Wszelako
on sam tego dnia je sprawował, ten kochany człowiek zaofiarował mi parę
corduańskich butów, talara, sprokurował mi stante pede surdut od kapelana
magistra Myliusa, jako że ów miał takie dwa. Do tego enkurażowali mnie.
Poszedłem do domu i zastałem starą czarną kamizelkę, starą perukę, kapelusz
i stare czarne pończochy, które zostały nadesłane z Kostrzyna i przez
to byłem już wyposażony. Z innych rzeczy sprowadziłem Biblię i księgi,
greckie Schmidta poszły gdzieś precz. Z Septuaginty znalazłem na dworze
kilka kartek. Kilku oficerów dało nieco pieniędzy, inny sam przyniósł
mi parę butów kupionych na aukcji, jeszcze inny kapelusz. Co zaś mnie
najbardziej poruszyło, toże gdy był grzebany pewien markietan, jeden
żołnierz z artylerii pomagał w pogrzebie. Potem postał jeszcze na cmentarzu,
wyciągnął sakiewkę i powiedział: "Panie pastorze, to piękny kościół.
Daję dwa grosze". Łzy zakręciły mi się w oczach. "Mól przyjacielu -
powiedziałem - widzę twoje współczujące serce. Zatrzymaj swoje pieniądze.
Sam bym się z tobą podzielił, tylko że nie mam czym". W końcu musiałem
te pieniądze przyjąć.
Nasze sprzęty kościelne rabusie pobrali sobie na naczynia. Srebrny
kielich z Mościc jak również patenę zrabowano. Dwa duże cynowe świeczniki
ołtarzowe, konem, flasza, chrzcielnica zniknęły, a zegar na wieży był
w ruinie. Kościół w Bogusławiu spotkał taki sam los jak kościół w Kamieniu.
Wybito w nich wszystkie okna, zaś w Kamieniu wyrzucono z krypty dwa
ciała szlachetnie urodzonych patronów i porzucono w nawie. Moi wierni
poszli na żebry, ja zaś pracowałem za darmo, jako że przynależną dziesiątą
wybrano na furaż, spustoszono mi stodołę, a i nie wpływały żadne accidentia.
Nie sposób było czegoś żądać od ludzi, którzy niczego nie mieli.
Właśnie w starych latach muszę
po upływie wielu długich lat
doznać grozy i wielkiego lęku,
by w radości Bożej oglądać świat.
Tak, byłem też bliski śmierci,
lecz jest przecież we mnie zdrowie i siła.
Ejże, Ty Boże, możesz sprawić przecie,
by gdy krzyż noszę, męka radosną mi była.
Lecz proszę Cię pokornie, byś
dał mi wesołe i radosne serce,
gdyż to Ty, mój kochany Boże,
jesteś nadzieją, co raduje wielce.
Pozwolę sobie coś jeszcze tu przytoczyć, opowiedzieć o przykrym
przypadku, jaki mnie spotkał anno 1757, dnia 7 listopada. Zostałem nocną
porą napadnięty przez bandę łotrów i złodzei, których moja żona naliczyła
razem siedmiu. Z początku wywlekli moich z łóżek, zawiązali im ręce
na plecach, spętali nogi i obili srodze. Usłyszałem z mojej sypialni
wrzaski, zaspany wylazłem z łóżka i uchyliłem drzwi. Wraz obalili mnie
na ziemię, a jeden zbój skoczył mi na plecy i zaczął oboma kciukami
dusić za gardło. Trzymał mnie aż nadbiegło trzech dalszych łajdaków,
którzy mnie spętali w taki sam sposób jak innych, cisnęli do mego pokoju,
a głowę przykryli mi kołdrą. Tak samo zrobili z moją córką, synem i
dziewką służebną. Po tym połamali szyfy i skrzynie, poprzewracali wszystko
i jęli szukać złota i srebra, których ukrycie moja żona musiała im wskazać.
Gdy znaleźli to, czego szukali, odeszli z 300 talarami, złotem, całą
srebrną zastawą stołową i perłami. Nasz mały syn oswobodził nogi i wszczął
alarm. Jednak już było za późno, złodzieje byli daleko. Łatwo sobie
można wyobrazić, w jakim byliśmy nastroju. Te łotry zrobili to tak samo
wstrętnie jak Rosjanie. Zdarzenia te miały miejsce przed dwoma laty.
Bóg nie był łaskawy dla okolic, gdzie toczyła się krwawa
bitwa i gdzie obozowały dwie wrogie armie, jako że co jedna oszczędziła
jeszcze, to druga do reszty uprzątnęła.
Inne wspomnienia z tych samych dni (pisane przez pastorów z Dębna,
Golic, okolic Barlinka) są bardzo zbliżone w treści i podobnie dramatyczne.
Doświadczenia różnych okolic Nowej Marchii były widać jednakowo ciężkie,
choć i tak wielebny Ludecus może mówić o szczęściu. On i cała rodzina
uszli w końcu z życiem.
Opracowano na podstawie:
1) H. Dassow, Aufzeichnungen uber die Schlacht bei Zorndorf, [w:] Schriften
des Vereins fur Gschichte der Neumark, Landsberg W. 1910
2) P. Ehrich, Chronik der Stadt Neudamm, Neudamm 1896
3) F. von Koeppen, Die Hohenzollern und das Reich, Bd II, Głogów 1909
d4) P. Schwartz, Die Russen in der Neumark wahrend des Siebenjahringen
Krieges, [w:] Die Neumark, Landsberg W. 1939.
do początku strony
Powrót na stronę o bitwie pod Sarbinowem
|